poniedziałek, 30 stycznia 2012

WIETNAM 2 - HoiAn/Hue - 31.01.2011 - 2.01.2012

Około godz. 8.00 31 stycznia docieramy do HoiAn – pogoda zmienia się diametralnie: jest chłodniej, pada, typowa „szarówka”, której nie widziałam od paru miesięcy. Na dworcu łapiemy dwa motory z kierowcami, a raczej kierowców z motorami, którzy zawożą nas do hotelu. Ponieważ nie mamy zbyt wiele rzeczy ze sobą;), check-in trwa wyjątkowo szybko. Ponieważ nie mamy też żadnych deszczoochronnych rzeczy ze sobą, kupujemy kolorowe pelerynki i ruszamy na śniadanie.










Zatrzymujemy się w Re-Treat Same Same Café Restaurant. Smaczne jedzenie i poranne piwko poprawia nam zdecydowanie humory i relaksuje po przeżyciach poprzedniego dnia. W końcu dziś Sylwester! Mimo niezbyt sprzyjającej aury, miasteczko jest niezmiernie urocze. Szwendamy się bezcelowo, trafiając do jednego z około 200 zakładów krawieckich znajdujących się na terenie HoiAn. Dajemy się ponieść krawieckiemu szaleństwu: ja szyje sobie kurtkę, a Jarek spodnie i buty, wszystko z bardzo dobrych materiałów, za naprawdę przyzwoite pieniądze.




Po kilkudziesięciominutowych przymiarkach idziemy na targ, pełen owoców, warzyw, mięsa, lokalnych potraw, a także ubrań. Kupujemy nową bieliznę i T-shirty, nie tyle, że tradycja sylwestrowa tak nakazuje, po prostu innych nie mamy. Kupujemy tez naszym zdaniem wybitnie drogie truskawki - 3 dolary za pół kilo, o które targowaliśmy się chyba ostatnie 15 minut i wietnamskiego szampana. Chwilę później od przypadkowej osoby dowiadujemy się, że truskawki kupiliśmy naprawdę okazyjnie - truskawki uprawia się tylko w jednym regionie Wietnamu – Dalat, gdzie zresztą także uprawiana jest winorośl – baza pod„pyszne” wino Dalat, które w HoiAn można było kupić za nie więcej niż 4 dolary, a w innych miejscach podejrzewam, że jeszcze taniej. Ja po pierwszym kieliszku dostaję skrętu kiszek i na tym moja przygoda z Dalatem się kończy. Ale znam koneserów tego trunku i nie, Jarku nie myślę tym razem o Tobie;)





HoiAn liczy aktualnie ok.120000 mieszkańców. W pierwszym stuleciu miasto posiadało największy port w Azji Południowo-Wschodniej znany jako Lâm Ấp Phố, zaś w XVI i XVII było międzynarodowym centrum handlu: zagraniczne statki z kupcami z Chin, Japonii i Europy przypływały na coroczne targi handlowe, które trwały od 4 do 6 miesięcy – niektórzy kupcy urzeczeni klimatem miasta i możliwościami biznesowymi osiedlali się tu na stałe. Pozostał po nich unikalny układ miasta z tamtych czasów - stare miasto HoiAn zachowało się prawie nietknięte: domy mieszkalne, miejsca zgromadzeń, świątynie, mosty, pagody, rynek, nabrzeże – wszystko wygląda prawie tak samo jak 400 lat temu. W 1999 miasto zostało wpisane na listę UNESCO. Do najcenniejszych zabytków należy tzw. Most Japoński, zbudowany przez przybyszy z Japonii, jedyny na świecie kryty most ze świątynią buddyjską. Jak głosi legenda, most rozpoczęto budować w roku małpy, a zakończono w roku psa, stąd jedno wejście jest strzeżone przez małpę, a drugie przez psa.







Co ciekawe, w latach dziewięćdziesiątych władze miasta postanowiły pozbyć się starych, zagrzybionych budynków w centrum i w ich miejsce wybudować bloki mieszkalne. Projektowi sprzeciwił się Kazimierz Kwiatkowski, polski architekt, kierujący pracami konserwatorskimi w pobliskim My Son. Za namową Kwiatkowskiego centrum odrestaurowano i przystosowano do ruchu turystycznego Dziś Hoi An jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w środkowym Wietnamie, a pomnik naszego rodaka stoi w samym jego centrum.





Zatrzymujemy się w jednej z wielu uroczych knajpek starego miasta, aby wzmocnić się nieco wietnamska kawą. Jarek ponownie dzwoni do naszego nieszczęsnego biura podróży i omawia szczegóły dostarczenia naszego bagażu – kilkukrotnie podajemy nazwę naszego hotelu i jesteśmy zapewniani że na pewno do nas dotrze następnego dnia. Chodzimy jeszcze trochę po starym mieście i wracamy do hotelu odetchnąć przed wieczornym „wyjściem”. Przyodziewamy nowo zakupione ciuchy – koszulki z nieśmiertelną gwiazdą Wietnamu i zapewne oryginalną bieliznę Calvina Kleina. Mój pierwszy sylwester od pewnie jakichś 15 lat bez grama makijażu, zupełnie „saute” – dobrze, że w hotelu mamy chociaż mydło i szczoteczki do zębów.




Okolice rzeki są bogato usiane najróżniejszymi knajpami. Zaczynamy od dosyć słabej pod względem obsługi, ale z pysznymi zupami i widokiem na drugą stronę rzeki, na której odbywa się lokalna impreza sylwestrowa. Po skonsumowaniu pierwszej części kolacji, zmieniamy knajpę na niezwykle klimatyczną Bup Restaurant Café 96. Klimat artystyczno-dekadencki przywołujący na myśl knajpy z warszawskiej Pragi albo krakowskiego Kazimierza - efekt bardziej jednak przypadkowy niż będący wynikiem jakiejkolwiek kreacji, no może poza tą naturalną – obdrapane ściany, o niezwykłych barwach są wynikiem powodzi, które corocznie nawiedzają domostwa położone wzdłuż rzeki. Na ścianie gdzieś na poziomie 1,4m widnieje pozioma kreska oznaczająca poziom wody z połowy listopada 2011, czyli półtora miesiąca temu!








Zamawiamy owoce morza i inne kurczaki, które smakują pysznie, ale alkoholu pić nie mogę – tzw. local spirits są tak perfumowane i sztuczne, że mdli mnie na sam zapach - kto próbował kiedyś zamawiać whisky albo dżin w egipskim kurorcie średniej klasy, ten wie o co mi chodzi. Największą atrakcją wieczoru pozostaje córka właścicieli, która tańczy, rozdaje wszystkim zimne ognie i wydaje się być najszczęśliwszym stworzeniem na tej planecie.







Tuz przed północą, kupujemy lampiony w kształcie lotosów ze świeczkami i zgodnie z tradycją, idziemy puścić życzenia noworoczne na wodę. Stoimy na moście i obserwujemy drogę naszych życzeń……….po kilku minutach Jarka lampion zostaje wyłowiony przez rybaka, a mój gubi się gdzieś pomiędzy dwoma łodziami. Czyli że co, że życzenie przepadło bezpowrotnie? tak po prostu? Może i trochę zagubiona, ale tak od razu między dwoma łodziami…;) Ech, idziemy przepić złą wróżbę;). Tym razem upewniam się jak wygląda i pachnie tequila zanim zamawiam cytrynową Margaritę. Jest lepiej. Z drinkiem i piwkiem w ręku w takt piosenki „Happy New Year” ABBY (!) witamy Nowy Rok.


Do hotelu wracamy ok. 2 i żeby tradycji stało się zadość otwieramy „szampana”, który po paru łykach ląduje w zlewie. Czerwone wino musujące za 4 dolary w Wietnamie - to nie mogło się skończyć inaczej….

Następnego dnia budzę się wcześnie rano o 7 - niedługo powinien przyjechać nasz bagaż……mija pół godziny, godzina i nic. Tym razem prosimy recepcjonistę, by zadzwonił raz jeszcze do „naszego” biura podroży – dowiadujemy się, że autokar z NhaTrang i owszem przyjechał i że nasz bagaż został „wyrzucony” na dworcu w HoiAn, o czym oczywiście nikt nas nie raczył poinformować. Tak jak stoimy, biegniemy kilka przecznic i faktycznie jest: na środku dworca, przy ławeczce, leżą sobie 2 plecaki, nikt nic nie pyta, nikt nic nie wie, obok siedzi paru panów, którzy kompletnie nie reagują na naszą obecność. Oj, dobrze że czasem można sobie bezkarnie pobluzgać po polsku i nikt nic nie rozumie. Dostaje się wszystkim od biura podróży po panów na dworcu przez ustrój, i nawet biedny przewracający się w grobie Ho Chi Minh też dostaje wiązankę;) Ale najważniejsze że plecaki są w stanie prawie nienaruszonym. W końcu oddychamy z ulgą. Z powodu wczesnej pobudki, krążymy jednak po mieście jak duchy.






W ciągu dnia robimy przymiarki i poprawki krawieckie, krążymy bezcelowo po uliczkach miasta i ogarnia nas totalne zmęczenio-lenistwo. Na obiad udajemy się ponownie do Bup Restaurant Café 96 – tym razem skupiam się zdecydowanie na typowo lokalnych potrawach: sajgonki specjalna odmiana charakterystyczna dla środkowego regionu Wietnamu i wegetariańskie cao lau, czyli gruby ryżowy makaron, warzywa, zieleninka, kiełki i tofu – bardzo delikatne, ale niezwykle przyjemne dla podniebienia (w wersji mięsnej – dodatkowo wieprzowina). W końcu wyluzowani odzyskanym bagażem zatapiamy się w rozmowie i kolejnych Sajgonach (butelkowe piwo kosztuje nieco więcej niż dolara, a piwo lane podawane w szklankach można kupić już za złotówkę – w porównaniu do singapurskich średnio 15SGD (prawie 40PLN) za butelkę w knajpie, naprawdę robi wrażenie).







Zmierzch szybko nadciąga i wstyd się przyznać, ale pominęliśmy jedną z głównych atrakcji w okolicy- MySon: zabytkowy kompleks świątyń hinduistycznych, stanowiący pozostałość po istniejącym tu, w okresie między IV a XV wiekiem n.e., sanktuarium religijnym Czamów – na swoje usprawiedliwienie powiem, że po zwiedzeniu Angkoru pewnie mało co już nas może zachwycić. Wieczorem idziemy raz jeszcze na stare miasto, oglądamy tradycyjne tańce, kupujemy kaszmirowe szale – w końcu udaje mi się trochę potargować, bo z założenia tego nienawidzę – nie ma to jak dobre postanowienia noworoczne;) – i żegnamy urokliwe HoiAn.









2 stycznia ruszamy dalej na północ, po około 4 godzinach jazdy autobusem docieramy do Hue. Mamy 5h wolnego czasu, które wykorzystujemy na zwiedzenie Zakazanego Miasta. Wejście do cytadeli zdobią życzenia noworoczne z wizerunkiem kogo by innego jak nie samego Ho Chi Minh’a. Pogoda nie ciekawa, ciągle pada, ale w mojej cudnej pelerynie żadna aura mi nie straszna.









Zakazane miasto w Hue - dawna siedziba cesarza Gia Long – to rozległy kompleks dawnych pałaców i świątyń. Ogromny pałac - twierdza zajmowała powierzchnię ponad pięciu kilometrów kwadratowych i na wzór pałacu cesarskiego w Pekinie była chroniona wieloma umocnieniami. Siedziba rodziny cesarskiej mieściła się za wałami – tutaj wolno było przebywać jedynie członkom rodziny cesarskiej i ich służbie stąd nazwa Zakazane Miasto.







Budowle zachwycają barwami i kunsztem artystycznym zwłaszcza w wykończeniach dachów i drzwi - wiele z nich została jednak odrestaurowana ze względu na ogromne zniszczenia z czasów wojny wietnamskiej. Hue znajdowało się w niebezpiecznie bliskiej odległości od linii demarkacyjnej ustanowionej w 1945 między północnym a południowym Wietnamem.







Najtragiczniejsza w skutkach ofensywa Tet zebrała żniwo od 3000-4500 ludzi uznanych za wrogów komunizmu: urzędników, duchownych, cudzoziemców, nauczycieli, intelektualistów. Miasto zostało zdobyte przez komunistyczną Wietnamską Armię Ludową i Việt Cộng 31 stycznia 1968 r i choć zostało odbite przez siły USA niecały miesiąc później, w wyniku ciężkich walk i bombardowań zostało całkowicie zniszczone. Po wojnie w pracach konserwatorskich pomagał również wcześniej wspomniany Kazimierz Kwiatkowski.

Po kilkugodzinnym spacerze wsiadamy do autokaru ku naszemu celu ostatecznemu – Hanoi. Już "tylko" 775 km przed nami.

niedziela, 29 stycznia 2012

WIETNAM 1- Sajgon - 28.12.-30.12.2011

Do Ho Chi Minh City (nazwa Sajgon nadal jest powszechna w użyciu) docieramy ok. 10 następnego dnia totalnie zmęczeni i niewyspani. 14 -godzinna podróż tym razem daje się we znaki, tym bardziej, że mnie dopada także „delikatna” niestrawność. Na szczęście hotel znajduje się ok. 100 m od miejsca postoju autokaru – zatrzymujemy się w backpackerskim rejonie Pham Ngu Lao Area. Ponownie korzystamy z booking.com w celu rezerwacji hotelu – Thuy Tien Hotel jest wciśnięty między 2 salony kosmetyczne (za każdym razem wychodząc lub wracając jesteśmy zapraszani, tak ja jak i Jarek, na manicure, pedicure, tudzież inne masaże). Hotel wygląda na trochę sfatygowany, ale pokój dostajemy bardzo przestronny – specyficzny syfik charakterystyczny dla pewnego ustroju czuć od pierwszej chwili, a tu odpada kawałek tapety, a tam grzyb na ścianie uśmiecha się złowrogo, a to wąż prysznicowy za krótki, ale „najważniejsze” że na honorowym miejscu stoi telewizor plazmowy i to nawet z HBO!

Mimo, iż ani nie tryskamy energią ani specjalnie humorem, ruszamy w miasto. W Sajgonie jest ciepło, gwarno, mnóstwo ludzi na ulicach, sprzedających, kupujących, pędzących gdzieś przed siebie (7,5 mln mieszkańców!), zwariowany ruch uliczny, przejście przez ulice graniczy z cudem, na światła nie ma co specjalnie liczyć – istny sajgon!


W pierwszym kroku udajemy się do Reunification Palace, nazywany wcześniej pałacem niepodległości.










Wjazd czołgu północnowietnamskiej armii przez wejście do pałacu 30 kwietnia 1975 jest uważane za definitywny upadek Sajgonu i zakończenie wojny wietnamskiej. Zwiedzamy m.in. sale prezydencką z popiersiem Ho Chi Minh’a – „ojca wietnamskiego narodu”, który nie doczekał zjednoczenia swojego „ukochanego” kraju umierając na atak serca w 1969roku. Naród jednak nie zapomniał jego zasług i w 1976 już w ramach Socjalistycznej Republiki Wietnamu, nazwa miasta Sajgon została zmieniona na Miasto Ho Chi Minha.

Po wizycie w Pałacu Zjednoczenia udajemy się spacerem do War Remnants Museum, znajdującym się kilkaset metrów dalej. Muzeum specjalizuje się w „badaniach, przechowywaniu i przekazywaniu opinii publicznej wszelkich pozostałych dowodów zbrodni wojny wietnamskiej i ich konsekwencji”. Jeszcze kilkanaście lat temu muzeum nazywane było muzeum amerykańskich zbrodni wojennych, obecnie ze względu na normalizujące się stosunki ze Stanami Zjednoczonymi nazwa została zmieniona. Przed budynkiem muzeum znajduje się „sprzęt wojenny” w postaci helikopterów, samolotów, pocisków i wielu innych.


Muzeum przedstawia oczywiście tylko jedną stronę medalu: jeden z budynków jest rekonstrukcją tzw. tiger cages stosowanych przez południowy Wietnam do przetrzymywania więźniów politycznych; inna część wystawy poświęcona jest jednemu z najbardziej kompromitujących armię amerykańską epizodów – masakrze w MyLai 16marca 1968, podczas której zamordowano w wiosce w Południowym Wietnamie od 350 do 504 cywilów, spośród których większość stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Historia pokazana jest stronniczo, Amerykanie pokazani są jako bezskrupułowi oprawcy i okupanci narodu wietnamskiego. O ile z pewnymi faktami można by dyskutować i próbować je do odnieść do szerszego kontekstu historycznego, o tyle wystawa przedstawiająca ofiary broni biologicznej zamyka wszelkie możliwości usprawiedliwiania rządu amerykańskiego.

„Agent Orange” stosowany na masową skalę (10 mln galonów) między 1961-1971 miał pierwotnie służyć do wyniszczenia dżungli, która była uważana za azyl wroga. Jak się później okazało mieszanka pomarańczowa była zanieczyszczona TCDD – groźną dioksyną, która ma szkodliwy wpływ na zdrowie ludzi wystawionych na jej działanie. Najczęstsze efekty, pojawiające się masowo wśród osób, które się zetknęły z tym preparatem w czasie wojny wietnamskiej, to charakterystyczne zmiany wyglądu twarzy (szczególnie widoczne u dzieci), upośledzenia płodów, także zwiększona podatność na choroby nowotworowe, czy różnego rodzaju upośledzenia oraz niedorozwój – tak zdeformowanych ciał i skrzywdzonych umysłów nie byłabym w stanie wyobrazić sobie w najgorszym koszmarze. I to nie jest przeszłość, do dnia dzisiejszego rodzą się upośledzone dzieci - III pokolenie ofiar wojny w Wietnamie. (zachęcam do obejrzenia krótkiego filmu: http://www.youtube.com/watch?v=YXDyirT6F2s). Poniżej zdjęcie z Wikipedii, ukazujące wietnamską profesor z upośledzonymi dziećmi, ofiarami Agent Orange)


Amerykański rząd umywa ręce od odpowiedzialności w stosunku do wietnamskiej ludności. Problemy zdrowotne dotknęły również amerykańskich żołnierzy, którzy mieli do czynienia z trującymi herbicydami – zostały wypłacone im milionowe odszkodowania. Na wystawie można przeczytać wstrząsający list dziewczynki, której marzeniem jest zostać lekarzem by pomagać swoim rodakom, ofiarom Agent Orange – marzenie, które w przypadku posiadania tylko dwóch kończyn prawdopodobnie nigdy nie będzie zrealizowane. List kierowany jest do Baracka Obamy z prośbą o pomoc - dziewczynka odwołuje się do jego poczucia odpowiedzialności nie tylko jako polityka i głowy państwa, które przyczyniło się do kalectwa tysięcy niewinnych ludzi, ale jako ojca dwóch zdrowych, beztrosko dorastających córek.

Po wizycie w muzeum krążymy ulicami Sajgonu w poszukiwaniu dobrej strawy. Ostatecznie trafiamy do knajpy znajdującej się na tej samej ulicy co Pałac Zjednoczenia - Nam Ky Khoi Nghia, gdzieś w okolicach nr 135 (niestety nie pamiętam nazwy i nie mogę odnaleźć w Internecie, a chętnie bym poleciła). Zupy królują w kuchni wietnamskiej, a ich wybór w powyższej restauracji przyprawia o ból głowy. Ostatecznie ta zamówiona jest pyszna, ale posiada chyba jakiś mięsny element, ale co mi tam - byle nie trafić na thịt chó, czyli mięso psa, podobno jednak bardziej popularne w północnym niż południowym Wietnamie. Do tego sajgonki i piwo Sajgon i pierwszy dzień w Sajgonie, żadnym tam Ho Chi Minh City, można uznać za udany.



Następnego dnia szybka porcja newsów;) i wyruszamy do ChuChiTunnel, systemu tuneli, znajdującego się ok. się 70 km na północny zachód od Sajgonu. Tunele zostały wybudowane przez żołnierzy Wietkongu w czasie wojny wietnamskiej. Tunele były podzielone na trzy poziomy i znajdowało się w nich wszystko niezbędne do życia i walki z wrogiem: szpitale, kuchnie, sypialnie, sale konferencyjne i arsenały. O ile wydaje mi się, że nie posiadam klaustrofobicznych lęków, o tyle zejście do wąskich i niskich tuneli nie jest dla mnie najprzyjemniejszym doświadczeniem. Ciasno, gorące, wilgotne powietrze - nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak ludzie mogli żyć w takich warunkach latami. Oglądamy propagandowy film o wspaniałych bohaterach wietnamskiej partyzantki, którzy tak naprawdę często pod groźbą śmierci byli wcielani do armii. W trakcie wycieczki oglądamy również najróżniejsze pułapki i narzędzia tortur - rodem ze średniowiecza - przygotowane dla amerykańskich żołnierzy Na zakończenie wycieczki próbujemy maniok – główne pożywienie mieszkańców CuChi w czasie wojny.












Po powrocie do miasta zwiedzamy Katedrę Notre Dame, zbudowaną przez Francuzów między 1863 a 1880 (wszystkie materiały budowlane były importowane z Francji) i przepiękny budynek poczty głównej.

Ponieważ następnego dnia wyruszamy znowu wcześnie rano, chcemy już wieczorem uregulować wszystkie należności za hotel. Na recepcji pani – jak się okazuje główna kierowniczka, każe – ku naszemu zdziwieniu - zapłacić prawie 2 razy więcej niż cena oferowana przez booking.com. Przez 20 minut wmawia nam, że nic nie wie o naszej rezerwacji, że nie dostała żadnego faxu, a solidny argument w postaci naszego maila z potwierdzoną rezerwacją i wszystkimi szczegółami zupełnie do niej nie trafia.(bo ona nie dostała faxu!). Po ok. 20 minutach dość napiętej konwersacji i rzucania naszych argumentów jak grochem o ścianę, podchodzi pracownik hotelu i gdzieś zza sterty najróżniejszych papierzysk wyciąga naszą wydrukowaną rezerwację!, na podstawie której „pani kierowniczka” orientuje się, że dziewczyna, która siedziała dzień wcześniej na recepcji dała nam za duży – czytaj „za drogi” - pokój. Nie wyjaśniając nam niczego pani manager chwyta za telefon i mimo ze my po wietnamsku to tak nie bardzo jeszcze rozumiemy, to wydźwięk emocjonalny „rozmowy” chwytamy w lot - nie chciałabym być w skórze tej pracownicy – mam wrażenie, że jakby mogła to by ją chyba za włosy przez tą słuchawkę wyciągnęła. Takiej NAGANY to moje uszy jeszcze nie słyszały i to w żadnym języku. Po przelaniu prawie całej swojej frustracji na pracownika, pani kierowniczka przeprasza nas i płacimy należność zgodnie z naszą rezerwacją.

Lekko zniesmaczeni zaistniałą sytuacją, idziemy w poszukiwaniu kafejki internetowej - chcemy zabukować kolejne noclegi. Ostatecznie korzystamy z osobistego laptopa „zaprzyjaźnionej” – notabene baaardzo fajnej i łaaadnej – Wietnamki, pracującej w biurze podróży w którym kupiliśmy bilety autobusowe. Zgodnie z jej rekomendacją udajemy się na wieczorną kolację na tradycyjne Banh xeo, czyli gruby, ryżowy naleśnik, w którym znajduje się farsz mięsny lub wegetariański. Naleśnik składany jest na pół, a na farsz składają się najczęściej cienkie paski mięsa wieprzowego lub drobiowego, krewetki, grzyby, cebula oraz kiełki. Do ciasta dodaje się mleka kokosowego, szafranu, a także kurkumę w celu otrzymaniu żółtego zabarwienia. Do zamówionych naleśników dostajemy duży kosz jednobarwnej zieleniny: liście sałaty, kolendry, mięty, bazylia tajska i wiele innych których nie jesteśmy w stanie rozpoznać. Idąc za przykładem lokalsów odrywamy kawałek naleśnika, owijamy w liście, maczamy w sosie sojowym/rybnym i dopiero próbujemy, mmmmmmm, niebo w gębie! Oczywiście w połączeniu z zimnym Sajgonem!


Następnego dnia rano zjawiamy się przed biurem podróży z którego ma odjechać nasz autobus - zdecydowaliśmy się na zakup tzw. biletu otwartego z Sajgonu do Hanoi, z przystankami w NgaTrang, HoiAn i Hue, przy czym ten pierwszy ma trwać tylko godzinę. Nie byle wyprawa przed nami, mamy do zrobienia 1700km w ciągu kolejnego tygodnia. Dziś z perspektywy myślę sobie, że pewne odcinki warto jednak zrobić samolotem – ceny zwłaszcza przy wcześniejszej rezerwacji w Vietname Airlines lub Jet Star są naprawdę przyzwoite.


Autobus okazuje się posiadać w końcu miejsca leżące, w prawdziwie azjatyckim rozmiarze, w którym nawet ja należę do kategorii tych większych. Mojemu zdziwieniu wtórują „zachwyty” i śmiechy ekipy Polaków, którzy okazuje się zmierzają do MuiNe – najlepszej bazy windsurfingowej w Wietnamie. Mimo pierwszego złego wrażenia, miejscówki okazują się całkiem wygodne i cały dzień mija na naprzemiennym czytaniu książki i chrapaniu. Około godziny 18 docieramy do Nha Trang, gdzie mamy przesiąść się w kolejny autokar do HoiAn. Wysiadamy z autokaru pod budynkiem biura z którym podróżujemy w oczekiwaniu na bagaże, których………nie ma! Przez chwilę myślę sobie, że to jakiś żart, pomyłka, ale po kilkunastu minutach kiedy wszyscy odbierają swoje bagaże, a autokar odjeżdża nikomu nie jest już do śmiechu. W biurze nikt nic wie, nikt nic nie widział, pojawiają się pierwsze teorie spiskowe, że bagaże były otwierane i przeglądane na postojach, że to taksówkarze ukradli i że w ogóle masakra. A na nas czeka już kolejny autobus którym mamy jechać do HoiAn. Nie muszę chyba opisywać, jak bardzo byliśmy „zdenerwowani”, mając przed sobą perspektywę kolejnego tygodnia podróży w jednym ubraniu, które mamy na sobie – ale na szczęście – z paszportami, aparatem i pieniędzmi. A w plecaku same skarby , może nie złote, ale zawsze – ukochane ciuchy, książki, kosmetyki, nowy obiektyw do aparatu. Jarek uruchomia spiralę działań i dzwoni do naszej przemiłej Wietnamki z Sajgonu u której kupowaliśmy bilety. Ogólnie jedna firma sprzedaje bilety, druga wypożycza autokary, trzecia kierowców, także podsumowując nikt nie jest za nic odpowiedzialny. Pani obiecuje, że zrobi co w jej mocy i mamy nadzieję, że moc jej jest wielka. Zostawiamy swoje namiary w biurze podróży i nie pozostaje nam nic innego jak wsiąść do kolejnego autokaru, który czeka już tylko na nas. Oliwy do ognia dolewa kierowca, który każe mi zająć miejsce, - chyba ze względu moje rozmiary - na końcu autokaru (czytaj na kole) na wspólnym łóżku z dwoma innymi Azjatkami, jak mniemam z Japonii. Kłócę się namietnie z gościem, ale po tym jak grozi, że wyrzuci mnie z autokaru bez możliwości powrotu:), idę pokornie do swojego kącika:)


Jestem taaaaaka zła, że nawet nie mogę płakać. Jakby ktoś mi w tym momencie zaoferował wyjazd z Wietnamu zrobiłabym to natychmiast stawiając krzyżyk na Wietnamczykach i ich wspaniałym kraju. Ciągle pod wpływem emocji, zaczynamy rozważać różne scenariusze……kiedy nagle po około godzinie od opuszczenia Nha Trang dzwoni nasza przemiła pani z Sajgonu, bo „nasz bagaż się odnalazł”. Okazuje się, że jakiś mocno rozgarnięty kierowca z innego autobusu po prostu wrzucił nasze plecaki do swojego autobusu na postoju w NhaTrang, zanim zdążyliśmy jeszcze wysiąść z autokaru. Sajgon po raz wtóry! Pani obiecuje, że nasze bagaże zostaną wysłane następnego dnia do hotelu w HoiAn, w którym się zatrzymujemy. Lekko uspokojeni próbujemy zasnąć, choć przychrapy współtowarzyszy i „latające” drzwi od toalety skutecznie to uniemożliwiają. Przytulam się do różowej poduszki z postaciami z azjatyckiej mangi, plecami stykając z moimi Japoneczkami i marzę, żeby ten dzień się w końcu skończył.