sobota, 20 sierpnia 2011

ROZKOSZE PODNIEBIENIA

Od kogoś z Was padło kiedyś pytanie, a co my tu jemy? Odpowiedź nie wprost: jemy dużo i namiętnie, a co? - to nie zawsze jestem w stanie powiedzieć i nazwać. Ogólnie Singapur to dla wielu kulinarny raj, można w nim znaleźć chyba wszystkie smaki Azji. W tutejszych food courtach (miejscowych jadłodajniach, można trochę to porównać z miejscami do jedzenia w polskich centrach handlowych typu Blue City, Arkadia czy Galeria Mokotów - kilka różnych rodzajów kuchni plus kilkadziesiąt stolików wokoło) różniących się głównie jakością i czystością, można zjeść naprawdę dobry i obfity obiad za 4-5 SGD (10-12 PLN).
W każdym foodcourcie znajdują się sekcje podzielone ze względu na kuchnię, np. chińska, koreańska, tajska, albo no na rodzaj potrawy jak zupy, woki, pierożki i inne naleśnikopodobne. Ja jestem zdecydowaną fanką kuchni hinduskiej, której niestety w food courtach raczej się nie uraczy. Wyprawa do restauracji to już konkretny wydatek, porównywany z najdroższymi knajpami w Warszawie. W domu gotujemy rzadko, bo 1) gorąco 2) drogo - w porównaniu do food courtów……chociaż zdarza się oczywiście i dowody będą poniżej. Ostatnio na tapecie mamy ziemniory czyli amerykańskie potatoes, bo lokalne są absolutnie niezjadliwe i gotują się 2 godziny. Także nie wiem czy to wypada się przyznawać, ale popełniłam w tym tygodniu kopytka:).
Największą tęsknotą, jak chyba każdego emigranta niezależnie od szerokości geograficznej jest chleb. Niestety tutaj żywimy się głównie pieczywem tostowym. Ok, tylu z ogółów, przejdźmy do szczegółów:

Niekwestionowanym faworytem jest zupa Tom Yam zakosztowana po raz pierwszy na malezyjskiej wyspie Tioman.


(dla Jarka zupa jest swego rodzaju bioindykatorem jakości kuchni – zamawia ją w prawie każdej knajpie i ocenia czy warto zamówić coś więcej…. Ja jestem zdecydowanie mniejszą entuzjastką, ale lubię, zwłaszcza w towarzystwie lokalnego tygrysa...)


Nasze number two to wszelkiego rodzaju stwory morskie, mniej lub bardziej przyjazne oku, ale zawsze cudowne dla podniebienia.


Malezyjskie kalamary


Indonezyjskie krewety na szaszłyku - Satay Prawn


Krewetki w sosie imbirowym z nutką trawy cytrynowej


Krab imieninowy (Black Pepper Crab - specjał singapurski)



No i jeszcze na zakończenie tematu owoców morza, kreweta w wersji domowej...


i...tymże oto skromnym posiłkiem witam zmęczonego mężczyznę po powrocie z pracy do domu......czasami:)


Kolejne pychoty wobec których nie można pozostać obojętnym to specjały kuchni indyjskiej, mój ukochany Palak Paneer


Shahi Paneer i inne Paneery (ser indyjski), przepyszne Naany, a poniżej ryba w sosie curry kokosowym, której nazwy nie pamiętam.








Ostatnio byliśmy w niezmiernie klimatycznej hinduskiej knajpie gdzie wzorcowo zamiast talerzy posiłek podawany jest na liściu bananowca...Ale nie asymilujemy należycie wszystkich lokalnych zwyczajów i hinduskie posiłki jemy wciąż przy użyciu sztućcow, a nie rączek.
BTW, osobiście uważam, że na warszawskim poletku Masala i Bollywood Lounge nie powinny mieć żadnych kompleksów











W food courtach najczęściej żywimy się w stoisku chińskim. Poniżej mój przykładowy zestawik za 4 dolarki:ryż, kawałek ryby i różne rodzaje warzyw


i jeden z zielonych domowych przysmaków China Chiye Sim (chwilowo w zastępstwie ukochanego szpinaku; pomysł ściągnięty żywcem z food court-u)


Z napitków non alkoholowych moim zdecydowanym faworytem jest sok arbuzowy.











Jak już jesteśmy w temacie owoców, to nie sposób wspomnieć o przepysznych i przesłodkich
ananasach, arbuzach, papajach, dragon fruitach. Wszystko oczywiście importowane, mistrzem tej kategorii zostanie chyba KIWI GOLD z Nowej Zelandii. Słodziuchne, żółciutkie, soczyste, nawitaminizowane po same brzegi.












Na zakończenie tego postu: filipiński ananas w doborowym australijskim towarzystwie. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć smacznego i owocnego weekendu:)















sobota, 13 sierpnia 2011

Bintan, Indonezja

Dochodzą mnie tu słuchy zewsząd, że zaniedbuje żółte myśli, także biorę się w garść i nadrabiam zaległości. No to może szepnę słówko o naszym ostatnim wypadzie. W miniony wtorek świętowaliśmy Dzień Niepodległości w Singapurze, tzn. w zasadzie Singapur świętował, my zdecydowanie przyjęliśmy bierną postawę. Święto obchodzi się tutaj bardzo hucznie, organizowane są parady, pokazy sztucznych ogni, przedstawienia na temat historii Singapuru…wszędzie piszą (w gazetach), mówią (w telewizji), jak to cudownie jest być Singapurczykiem i jacy są z tego dumni. Trochę to wszystko lekką propagandą zalatuje, ale nie będę się rozpisywać, bo nie mnie jeszcze ktoś zinwiguluje. W każdym bądź razie dwie Singapurki z którymi rozmawiałam nigdy w życiu nie były na takiej paradzie i wcale nie poczuwają się specjalnie do jednoczenia w tym dniu z narodem.
Dla nas był to po prostu kolejny dzień do wykorzystania na kilkudniowy wypad . Tym razem ruszyliśmy do pobliskiej Indonezji a dokładnie na wyspę Bintan – bardzo popularne wypoczynkowe miejsce wśród Singapurczyków ze względu na odległość - tylko godzina drogi promem z Singapuru. Indonezja promuje Bintan jako drugą po Bali atrakcyjną turystyczną (BTW, na Bali ruszamy we wrześniu). Tym razem pogoda nas nie rozpieściła, dotarliśmy do naszego „kurortu” w strugach deszczu. Pierwszy raz od trzech miesięcy było mi zimno! na tyle, że chętnie bym przyodziała jakąś bluzę lub kurtkę, których oczywiście nie posiadałam. Parasole mniej lub bardziej spełniały swoją funkcję, bo przy tak intensywnych tropikalnych ulewach nawet specjalnie kupiony na takie okazje Jack Wolfskin musiał się złożyć:)










Nasz „kurort” składał się z kilku drewnianych domków, mniejszych, większych i bungalow-ów na wodzie. My wybraliśmy opcję najbardziej basic ze wszystkich basic, także mieliśmy chatkę może nie na kurzych, ale drewnianych nóżkach na wodzie. W środku ogromne łoże z cudnie brudnym i poprzedzieranym materacem, równie brudną i równie podziurawioną moskitierą szczegółów toalety oszczędzę plus towarzystwo na szczęście tylko mrówek, choć następnego dnia i jakiś większy owadodziad też się przypałętał.








No, ale widok z „tarasu”…bezcenny. Możliwość odczuwania prawie na własnej skórze przypływów i odpływów – równie bezcenna, zwłaszcza będąc w stanie wskazującym…:) Także korzystając z uroków pogody pierwszy dzień w zasadzie przesiedzieliśmy w knajpie kosztując lokalnej kuchni (średnia, za wyjątkiem cudownych świeżych soków owocowych), pijąc lokalny Bintang i grając w szachy. Tak, w szachy. Moja pierwsza rozgrywka od jakichś mniej więcej 20 lat, ale chyba ziarno, które zasiał dziadek Janek gdzieś tam w zakątkach mojego umysłu jednak przetrwało przez te wszystkie lata.











Następny dzień niestety również przywitał nas deszczem, także akcja knajpa została nieuchronnie powtórzona. W międzyczasie udało nam się gdzieś przedrzeć przez ogrodzenia „kurortu” i zakosztować trochę dzikości, ale niestety widok jest najczęściej zatrważający – śmieci, śmieci, śmieci wszędzie. Albo wywalają to wszystko do morza, albo śmiecą lokalsi, niestety wydaje się, że Azjaci są jeszcze wciąż na bakier z jakąkolwiek zieloną myślą.


Jest inaczej….Przebywanie na przykład w lokalnej knajpie również nasuwa białemu człowiekowi tysiące myśli i dylematów typu kura/jajko. Czy tacy np. Indonezyjczycy są nieogarnięci, bo są biedni i nie mają perspektyw czy też są biedni i nie mają perspektyw, bo są nieogarnięci? Zamówienie czegokolwiek w knajpie wiązało się z taką ilością papierologii, że spokojnie zmarnowano na nas z pół palmy, zakładając, że robi się papier z drzewa palmowego. Za każdym razem kelnerka musiała zapisać skrupulatnie na specjalnym wielkim arkuszu zamówienia to co chcemy (dodam, że to była samoobsługa więc i tak my podchodziliśmy do baru i mówiliśmy co chcemy) – każde zamówienia było zapisywane oddzielnie, skrupulatnie pełnymi nazwami bez żadnych skrótów, po czym dopiero się okazywało, że akurat tej konkretnej rzeczy nie ma (a nie było średnio mniej więcej połowy karty, o czym Pani nie poinformowała, tylko na każde moje zamówienia informowała, że AKURAT tego nie ma), także zabawa zaczynała się od nowa z nowym zamowieniem i nowym wieeeelkim arkuszem zamówienia (potem wpisanie do tego komputera co trwało kolejne X minut i kolejne papierorachunki). Ale trzeba podkreślić, że w zdecydowanej większości wszyscy są bardzo sympatyczni i uśmiechnięci.


Trzeciego dnia obudził nas z rana ryk motorynki czy innego bliżej dla mnie niezidentyfikowanego pojazdu. Na szczęście w końcu zaświeciło słońce zatem postanowiliśmy zrobić przedśniadaniowy spacer do wysepki na horyzoncie oddalonej około 300 m od naszego domku. Płycizna okrutna, nie zmoczyłam chyba nawet boczków:) także o pływaniu w ogóle nie było mowy, dlatego postanowiliśmy na resztę dnia przenieść się do siostrzanego, bardziej "wypaśnego" hotelu z basenem.



Drugi kurort był zdecydowanie większy, z różnymi innymi atrakcjami typu SPA, kitesurfing, restauracje, wypasione fury:) także rozpłaszczyliśmy się na basenie i zanurzyliśmy tak w wodzie, jak i w naszych lekturach.




(BTW jesteśmy chyba ostatnimi czytającymi w Singapurze:) wracając właśnie z Bintan metrem - a mamy około godzinę drogi z portu do nas - zauważyliśmy, że jesteśmy jedynymi osobami które coś czytają w "wersji tradycyjnej" otoczeni przez hordy Singapurów z ipadami, ipodami i wszelkimi innymi gadżetami, których nazw nie znam i pewnie nigdy nie będę znała. Ktoś cyniczny mógłby rzec a ile to tych drzew i papieru zmarnowano na te książki, no ale z takiej formy przyjemności nie jestem jednak w stanie zrezygnować).







Ostatnie słowa jakie usłyszałam na indonezyjskiej ziemi od pracownika straży granicznej było „JAK SIE MASZ?”(po polsku). Tak mnie zbił chłopak z tropu, że przez chwilę zapomniałam języka (polskiego) w gębie. Mój indonezyjski na razie ogranicza się do TARIMA KASIH (dziękuje), także po chwili zastanowienia jednak zdobyłam się na odpowiedź w poprawnej, choć podstawowej polszczyźnie:) Także Kochani nie taka ta nasza Polandia(po indonezyjsku) daleka i nieznana!











Więcej zdjęć:
https://picasaweb.google.com/100624869353532732172/BintanIndonezja609082011#5638708297452616642




środa, 20 lipca 2011

Update

Coraz trudniej mi się piszę…chyba nadeszła szara – okej, może nie szara, bo gorąca, wilgotna i kolorowa ale rzeczywistość i poszczególne dni zlewają mi się w całość.
W tym tygodniu ostatecznie udało się załatwić wszystkie kwestie formalne związane z moim pobytem tutaj i jestem posiadaczką Long Term Visit Pass z terminem do stycznia 2013 roku. Nie wiem czy wszyscy wiedzieli, ale początkowo mieliśmy sporo wątpliwości, niepewności związanych z możliwościami legalnego mojego pobytu tutaj, bo przecie ja ani żona ani matka dzieciom i rozpatrywane były róóóóóóóóóżne scenariusze, ale ostatecznie udało się potwierdzić formalnie nasz związek („konkubinat”:)) w polskiej ambasadzie już w Singapurze.(apropos przypomniało mi się jak próbowałam załatwić taki papierek dzwoniąc do urzędu stanu cywilnego w Warszawie, na co szanowna pani „uprzejmym, melodyjnym, urzędniczym” głosem poinformowała mnie, że ani ją ani państwo polskie nie obchodzi z kim ja sypiam, nie ma ślubu nie ma nic…!).
No więc formalnie oboje do stycznia 2013 możemy zostać, choć nie ukrywam, że coraz ciężej znoszę niedostatek zajęć i obowiązków i nadmiar wolnego czasu - wiem wiem niektórzy będą mnie zaraz przeklinać….:) Aby trochę podreperować angielski a jednocześnie wyznaczyć sobie jakiś namacalny cel tutaj, zaczęłam uczęszczać do British Council 2 razy w tygodniu – kurs przygotowujący do CAE. Prawdopodobnie spróbuje podejść do egzaminu w grudniu, choć dłuuuuga i wyboista jeszcze droga przede mną. W grupie mam same kobity, a przekrój narodowości przez cały glob ziemski począwszy od Włoszki, przez Rosjankę po Japonki, Chinki, Koreankę no i Singapurki oczywiście - jedynym chyba prawdziwie brytyjskim elementem tych zajęć jest nauczyciel, choć też mam pewne wątpliwości co do poprawności niektórych jego nauk. Obawiałam się, że średnia wieku może być dla mnie druzgocząca, ale na szczęście okazuje się, że swobodnie łapię się na średnią, a chyba nawet ją zaniżam. Dziś udało mi się załapać na darmowy lunch z Angolami – nauczycielami no i dowiedziałam się, że organizują różne dodatkowe jeszcze zajęcia: konwersacje, jakieś wyjścia mniej i bardziej kulturalne, także będziemy się udzielać.

Jeśli chodzi o pracę, to rozpoczęłam poszukiwania przez duże P. Ogłoszeń jest co nie miara, póki co skupiam się na szeroko pojętym HR, z czasem może rozszerzę zasięg poszukiwań. Ponadto przyznam się szczerze, że miałam pierwsze interview i to nie byle jakie. Byłam na rozmowie w Micheal Page International na stanowisko Recruitment Consultant – rozkręcają tu w Singapurze działkę medyczną, także doświadczeniowo pozycja idealna dla mnie. Idealna jeśli chodzi o moje doświadczenie, mniej idealna jeśli chodzi o moje zainteresowania i aspiracje. Rozmowę miałam z bardzo sympatycznym Angolem, bardzo miło, fajnie ale na tym etapie się skończyło, tzn. wprost mi powiedział, że byłby bardzo zainteresowany, ale obecnie jestem wg niego zbyt mało pewna siebie i przekonywująca, co oczywiście jest zwrotnie połączone ze znajomością języka itd., choć też niestety z pewnymi przymiotami mego ducha i natury. W każdym bądź razie wspomniał, że chętnie spotkałby się za parę miesięcy i powiedział też, że nie powinnam mieć problemów ze znalezieniem pracy - wszystko to stoi trochę w sprzeczności z tym co wszędzie naokoło słyszę, łącznie z informacjami z ambasady, a prawda jest taka, że jak nie spróbuje to się nie dowiem, także siedzę i wysyłam resume – ten kto szukał pracy przez jakiś czas, wie jak bardzo jest to pasjonujące zajęcie;)

W międzyczasie poznaliśmy trochę nowych znajomych, u Jarka idzie to oczywiście szybciej, bo wiadomo praca i męskie aktywności. Także w sumie jest z kim i gdzie weekendowo wyjść, spotkać, pogadać, choć czasem zaszywamy się tez sami z drinkami sentymentalnie grając w "Kocham Cię, Polsko"! He He! Dziękujemy darczyńcom, choć trzeba przyznać, że poziom niektórych pytań jest naprawdę żenujący albo po prostu jesteśmy bardzo polskimi polakami.

Z informacji z ogródka europejskiego (holenderskiego) – dla wszystkich co znają – informuje, że moja najdroższa siostra (więzów serca, nie krwi) Paulina urodziła w piątek ślicznego i zdrowego synka Antosia… Serce mi się rozpada na kawałki, że nie mogę go zobaczyć i uściskać, no ale takie właśnie są uroki emigracji (w tym przypadku podwójnej). Ściskam wszystkich razem i każdego z osobna. C.d.n.

wtorek, 5 lipca 2011

Lektury

Jako, że jednym z przejawów moich szlifów językowych jest czytanie anglojęzycznych książek, niniejszym chciałam się podzielić wrażeniami z ostatnio przeczytanej lektury. Będąc w Singapurze czy ogólnie rzecz biorąc w Azji Południowo-Wschodniej próbuje nieco rozszerzyć swoją, aktualnie jeszcze nikłą, wiedzę na temat historii i sytuacji społeczno-gospodarczej tej części świata. Kierowana powyższą ideą, sięgnęłam po książkę „Lucky Child” – autorstwa Loung Ung. Luong Ung jest kambodżanką z amerykańskim obywatelstwem, która przeżyła reżim Czerwonych Khmerów i w wieku 10 lat wraz ze starszym bratem i jego żoną wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Po latach głodu, ciężkich przeżyć wojennych, straty rodziców i dwójki rodzeństwa, 10 letnia Ung staje się „lucky child”- zostaje wybrana spośród czwórki rodzeństwa do towarzyszenia jej najstarszemu bratu w emigracji do Ameryki. Lucky Child to druga książka Ung, w której opisuje swoje nowe życie w Stanach, trudy adaptacji do nowej kultury, problemy emocjonalne i lęki spowodowane wojennymi wydarzeniami. Każdy rozdział jest przeplatany wspomnieniami jej ukochanej siostry, która żyje we wciąż okupowanej przez Wietnamczyków Kambodży. Porównanie warunków życia w tak kompletnie różnych, odległych rzeczywistościach robi piorunujące wrażenie. Ung wraca po raz pierwszy do Kambodży w 1995 roku i jak sama mówi: „Mimo, że byłam niezmiernie ciekawa i podniecona faktem, iż zobaczę moich dawno niewidzianych bliskich, byłam również przepełniona przytłaczającym poczuciem winy, mając świadomość, iż podczas gdy ja miałam zawsze wystarczająca ilość jedzenia, chodziłam do szkoły i grałam w piłkę nożną w Ameryce, moja siostra i jej rodzina żyła bez elektryczności i bieżącej wody, z trudem uprawiała żywność na polach często pokrytych minami przeciwpiechotnymi". Ujawniając surową i okrutną rzeczywistość, ciężkie warunki życia tak w czasach wojny, jak i pokoju, „Lucky Child” staje się swego rodzaju świadectwem niezłomności ludzkiego ducha i siły rodzinnych więzów. Gorąco polecam!

Dla zainteresowanych, podaje również stroną internetową autorki: http://www.loungung.com/. W pierwszej swojej książce „They first they killed me father” Ung opowiada o trudach życia podczas reżimu Czerwonych Khmerów (niestety do dziś nie mogłam znaleźć tej książki w SG. Nie wiem jak z dostępnością w PL, ale z tego co się orientuje polskiego przekładu jeszcze nie było). Ogólnie mówi się, że Czerwoni Khmerzy tylko w latach 1975-1979 wymordowali około 2 mln ludzi, co stanowiło więcej niż ¼ ludności ówczesnej Kambodży……Jako, że Pol Pot jak chyba każdy dyktator walczył przede wszystkim z inteligencją, noszenie okularów czy posługiwanie się językiem obcym było wystarczającym powodem do śmierci…Według Pol Pota kraj miał się składać wyłącznie z chłopów finansujących ekonomię kraju poprzez wzrost produkcji rolnej. Całe rodziny wysiedlano z miast na wsie, włączając chorych, starszych i niedołężnych i zmuszano do niewolniczej pracy po kilkanaście godzin na dobę przy minimalnych racjach żywieniowych.

Aktualnie pod koniec czerwca tego roku, ponad trzydzieści lat po upadku reżimu Czerwonych Khmerów odbyło się drugie przesłuchanie trybunału ONZ 4 byłych przywódców Czerwonych Khmerów oskarżonych o ludobójstwo i zbrodnie przeciwko ludzkości i śmierć ok 2 mln Kambodżan w latach 1975-79. Przewiduje się, że proces potrwa kilka lat……oskarżeni, dziś w wieku 70-80 lat nie poczuwają się absolutnie do winy.

wtorek, 28 czerwca 2011

Polski akcent

W ten weekend mieliśmy niesłychanie przemiłą okazję gościć znajomych z Polski. Mieć możliwość obcowania z polskimi przyjaciółmi w Singapurze – bezcenne. Krzysiek (poznaliśmy się na wymianie w Niemczech) aktualnie podróżuje po Azji z koleżanką z liceum, także Singapur był jednym, zaledwie dwudniowym, ale skromnie jestem przekonana, że jednym z najfajniejszych punktów napiętego planu z początkiem w Bankogu, przez Phuket, Malezję i Kuala Lumpur, Singapur, po Hongkong i Macau i powrót przez Tajlandię. Zatem przy tej okazji jeszcze raz wszystkich nie zaproszonych - zapraszam, tych zaproszonych namawiam do podjęcia konkretnych ruchów, a na tych co się już szykują – czekam niecierpliwie.

Przyjazd znajomych, a także piątkowe urodziny Jarka zmobilizowały nas w końcu do ruszenia w miasto (choć w zasadzie poprzedni weekend też był z „wychodnym”, choć chyba nic o tym nie pisałam). W porównaniu z Polską zdecydowanie rzadziej imprezujemy bo A. drogo, B. do centrum daleko, C. nie ma takich super znajomych co w PL, co nie oznacza oczywiście, że tu jakąś abstynencką propagandę uprawiamy. Nie no, aż tak źle to nie jest - czasem po prostu zostajemy z Jackiem D. w domu.





Piątkowy z Jarkiem, a sobotni z Jarkiem, Krzyśkiem i Gosią wieczór spędziliśmy w Chijmes (www.chijmes.com.sg). Chijmes to przepiękny historyczny kompleks w samym centrum miasta - Victoria Street - , niedaleko równie historycznego i światowej sławy Raffles Hotel. Chijmes, niegdyś siedziba klasztoru żeńskiego (Convent of the Holy Infant Jesus (CHIJ)) dziś jest niezwykle klimatycznym i estetycznym zagłębiem barów, restauracji, klubów i artystycznych sklepów. Przez ponad 100 lat klasztor był również sierocińcem i miejscem oddawania potomków z ubogich i rozbitych rodzin bądź po prostu niechcianych dzieci (the Gate of Hope) – z ciekawostek np. przyjmowano wiele chińskich dziewczynek urodzonych w roku Tygrysa, ponieważ zabobonnie wierzono, że „tiger girls” przynoszą pecha i sprowadzają nieszczęścia na rodzinę… czego to ludzie nie wymyślą… BTW Jarek to „tiger boy”, ja niestety „dog girl” – świadomie nie używam polskiego odpowiednika:)




Wracając do Chijmes, zamieszczam dodatkowo dzienne zdjęcia (robione kiedyś przeze mnie podczas jednej z pierwszych wycieczek miastoznawczych), bo na nocnych niestety niewiele widać.



Niezaprzeczalnym atutem miejsca jest fakt, że można swobodnie przemieszczać się miedzy poszczególnymi miejscami, nigdzie nie płacąc za wstęp, dowolnie wybierając gdzie, z kim i za ile się pije. Niewątpliwie silną stroną jest także muzyka na żywo: singapurskie kapele grające niezwykle zróżnicowany repertuar, włącznie z muzyka klubową. Niesamowity klimat, świetne nagłośnienie, ekspresja, emocje i dobry kontakt z publicznością. Byliśmy naprawdę zachwyceni…...do momentu kiedy tańcząć z Krzyśkiem przy samej scenie zauważyliśmy, że słyszane dźwięki nie zawsze pokrywają się w 100% z gestykulacją i ruchami ust „artystów”, także chyba jednak playback. Live playback. Tak czy siak musieli to i tak wcześniej jakoś nagrać - głosy i talenty niesamowite (no chyba nagrywali ci sami co występowali… chociaż tutaj naprawdę wszystko jest możliwe).



Z nowych miejsc i typowo turystycznych atrakcji odwiedziliśmy również razem singapurskie ZOO i wieczorne safari wśród najróżniejszych przedstawicieli królestwa zwierząt, mniej lub bardziej niebezpiecznych.


Niestety nie można było robić zdjęć z fleszem co by nie drażnić zwierzaków, no a opisywanie agonistycznych i innych zachowań zwierząt to chyba nie temat na bloga, a przynajmniej nie mojego…